[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Tadeusz DołęgaMostowicz BRACIA DALCZ I SKA
Tom pierwszy
3 Tower Press 2000
Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000
4 Rozdział I
Od rana już czymś niedobrym pachniało w powietrzu. Szwajcar Molenda, który jeszcze
pamiętał rządy samego nieboszczyka Franza, który większość z tych robotników znał
od małego, patrzył spode łba, jak wsypywali się do portierni coraz gęstszymi grupkami,
jak mu kiwali głowami, dotykając ręką daszków czapek, jak codziennym nieomylnym
ruchem przekręcali rączki zegarów i wybijali swoje numery przy dźwięku krótkich
dzwonków.
Niby wszystko tak, jak co dzień, a przecież nie to. Stary Molenda zbyt był zrośnięty
z życiem fabryki, by nie wyczuć jakiegoś dziwnego nastroju, czającego się w czymś
nieuchwytnym, a grożącego niespodziankami. Jako ostatnie kółko w administracji
Zakładów Przemysłowych Braci Dalcz i Spółki, Molenda rozumiał wagę i odpowiedzialność
swej funkcji. Na pewno też poszedłby zaraz do naczelnego dyrektora, gdyby nie to,
że dosłownie nie miał na czym oprzeć swych obaw.
Ale niedługo czekały na swe uzasadnienie. W południe, jeszcze zanim strzałka stanęła
na dwunastej, zaczęł y się nawoływać syreny fabryczne. Pierwsza odezwała się od "
Lilpopa " ( tym zawsze się śpieszy! ) , druga " Ursusa " , później " Woli " , dalej
" Rudzkiego " , " Gerlacha " , Gazowni, wreszcie rozległ się tuż chrapliwy baryton
" Dalczów " . Podczas gdy Wacek, pomocnik Molendy, otwierał drzwi, on sam wyjrzał
na ulicę. Jak zwykle wzdłuż muru fabrycznego, po przeciwnej stronie pod parkanem
i dalej koło przejazdu kolejowego poprzykucały gromadki kobiet i dzieci z garnuszkami
i zawiniątkami: - obiad dla swoich. Zaraz w korytarzu, łączącym podwórze z portiernią,
rozlegnie się tupot setek nóg. Zaraz rozdzwonią się zegary obecności. . . Tak jak
co dzień. Dziś jednak coś musiało się stać. Molenda podbiegł do okna: na placu przed
biurami administracji gromadził się tłum. Spokojny, nieruchliwy, zdawało się nawet
- wesoły, gdyż raz po raz zrywały się w nim śmiechy i frywolne okrzyki.
I nagle zakotłowało się z brzegu tuż przy drzwiach biura personalnego. Nad głowami
zatrzepotała czarna masa wielkiego wora od węgla. Gwar przeszedł w huk, w potężny
ryk, w ogłuszający hałas. Tłum wielką rozhuśtaną falą runął do bramy. Z okien portierni
widać było doskonale, jak kłębił się i przewalał wokół popychanych w środku taczek,
na których szamotał się śmiesznie i bezkształtnie czarny worek.
- Precz z Łabędziem! - dobiegały z ogólnego wycia poszczególne okrzyki. - Za bramę!
. . . Nie bić go! . . . Łabędziu mój! . . . Na zbitą mordę! . . . Niech idzie śpiewać!
Wal sukinsyna! . . . A kopnij go tam który! . . . Nie bić go! . . . Nie bić go lekko!
. . .
Śmiech, wrzaski i podśpiewywania " Łabędziu mój " mieszały się z dudnieniem setek
ciężkich butów po bruku. W tym hałasie stary Molenda nie dosłyszał tupotu w korytarzu,
a gdy rzucił się do szafki, by bronić kluczy, było już za późno. Kilkunastu robotników
i kilkadziesiąt robotnic otoczyło go zwartą masą, a tymczasem wyłamano drzwiczki
od szafki i porwano klucze. Po chwili portiernia opustoszała. Natomiast przeciągły
jęk otwieranej bramy świadczył, że klucze zdobyto.
Oto tłum rozstąpił się. Ci, co popychali taczki, rozpędzili się i taczki z furią
wyjechały na ulicę, podskakując na kocich łbach bruku. W jednej chwili przechyliły
się i wyrzuciły swą
5 zawartość do rynsztoka, pełnego mętnej i kolorowoszklistej od smarów wody. Radosne,
triumfalne wycie napełniło powietrze. Taczki cofnęły się i brama zawarła się z głuchym
hałasem, a ludzie ruszyli na podwórze. Nie upłynęła minuta i, jakby nigdy nic,
zatłoczyli portiernię, wydzwaniając na zegarach wyjście.
Tymczasem Molenda wybiegł przed fabrykę, by ratować uwięzionego w worku. Wiedział,
kto to jest. " Łabędziem " przecie od początku nazywają nie tylko tu, lecz na całej
Woli, pana Zdzisława Dalcza, dyrektora personalnego. Molenda też nie czuł do niego
najmniejszego sentymentu, ale poczuwał się do obowiązku wybawienia członka dyrekcji
z okropnej sytuacji. Nie było to łatwe. Worek z szamocącym się wewnątrz dyrektorem
otoczyły kobiety, wśród pisków, wyzwisk i drwin, obsypując go grudkami błota i małymi
kamykami. Wierzch worka był mocno zawiązany drutem i Molenda porządnie się namęczył,
zanim zdołał uwolnić pana dyrektora. W mokrym i nieprawdopodobnie utytłanym ubraniu
jego okrągła postać, nad którą dyszała czerwona, umazana sadzami twarz i piętrzyła
się rozmierzwiona czupryna, sprawiała tak śmieszne wrażenie, że nawet stary szwajcar
nie mógł utrzymać należnej powagi. Poszkodowany zaczął krzyczeć, tupać nogami i
wygrażać pięściami robotnikom, którzy mijali go teraz, półgłosem rzucając dotkliwe
żarciki.
Nigdy się go nie bali, a teraz wiedzieli, że pozbyli się go raz na zawsze. Raz wywieziony
na taczkach, nikt nie ośmieli się wrócić do fabryki. Tak było zawsze i zdawało się
im, że inaczej być nie może.
Podczas gdy wywożono młodego pana Dalcza, w gmachu Zarządu nikt o niczym nie wie-
dział. Gmach stał na uboczu, a jego okna wychodziły na ulicę Węglową. Zresztą wraz
z pierwszym dźwiękiem syreny urzędnicy powstali od biurek. Głośne rozmowy i rumor
przesuwanych krzeseł zagłuszył odgłosy awantury. Jeżeli zaś w gabinecie naczelnego
dyrektora, pomimo panującej tam ciszy, nie dosłyszano odległego hałasu, to dlatego,
że odbywała się tu niezwykle ważna konferencja, decydująca być może o samym istnieniu
fabryki. Urzędujący w sąsiednim pokoju sekretarz Holder domyślał się tego i oceniając
wagę sytuacji, nie chciał niepokoić pryncypała wiadomością, że przed biurami administracji
zbierają się robotnicy. Dopiero wówczas, gdy z kierownictwa ruchu zawiadomiono go
telefonicznie o napadzie na młodego Dalcza i o przygotowanych taczkach, odważył się
po chwili wahania wejść do gabinetu i powiedzieć:
- Bardzo przepraszam pana dyrektora, , że przerywam, ale jest sprawa bardzo pilna.
- No, cóż tam, panie Holder? - uśmiechnął się naczelny dyrektor swobodnie, chociaż
spod jego siwych krzaczastych brwi patrzył niepokój.
Sekretarz zrozumiał i uśmiechnął się również. Ci finansiści nie mogą nawet przypuścić,
by w Zakładach Przemysłowych Braci Dalcz miało zdarzyć się coś niepożądanego, a tak
niebezpiecznego, by tym aż trzeba było niepokoić samego szefa.
- Właściwie drobiazg, panie dyrektorze - powiedział - ale czeka na instrukcję inżynier
Kamiński, a jego pociąg odjeżdża za trzydzieści pięć minut. Dlatego ośmieliłem się.
. .
- Ach, Kamiński, która to? Już po dwunastej? - zdziwił się naczelny dyrektor i zwracając
się do dwóch panów siedzących przed biurkiem, dodał kurtuazyjnie - z panami tak miło
się rozmawia, że zapomina się o czasie. Panowie pozwolą, że na chwilę zostawię ich
samych?
- Ale prosimy, , panie dyrektorze - zerwali się obaj. . Usiedli dopiero wówczas,
gdy za Dalczem zamknęły się drzwi. Doskonale wiedzieli, że to jemu na nich zależy,
nie odwrotnie, jednak osoba Wilhelma Dalcza wprost nakazywała szacunek. Wspaniały
ten starzec, bliski osiemdziesiątki, a taki wciąż rześki i ruchliwy, nie tylko swoją
nieskazitelną opinią, nie tylko szerokimi stosunkami i wpływami czy powszechnie cenio-
nym umysłem imponował ludziom, z którymi się stykał. Sama jego wysoka, nieznacznie
przygarbiona postać, sucha rasowa twarz z wysokim jasnym czołem, pogodnym spojrzeniem
i z parą siwych jak mleko, niemal szlagońskich dobrodusznych wąsów nakazywała cześć,
życzli-
6 wość i zaufanie. Toteż niespodziewana przerwa w konferencji wcale nie zaniepokoiła
obu fi-
nansistów, z góry zdecydowanych na prolongatę kredytów, o które tak chodziło Dalczowi.
Tymczasem on sam stał w sekretariacie ze słuchawką telefonu w ręku i słuchał sprawoz-
dania. Było już po wszystkim. Sekretarz Holder nie mógł wyczytać na twarzy szefa
niczego, co wskazywałoby, jak zamierza postąpić. Powiedział tylko krótkie " dziękuję
" i położywszy tubę, odezwał się ze zwykłą uprzejmością:
- Zechce pan, , panie Holder, sprowadzić mego syna tutaj do sekretariatu. Zaraz.
- Dobrze, , panie dyrektorze. - Na godzinę zaś drugą zamówi pan do mnie delegatów
fabrycznych.
. - Słucham, , panie dyrektorze. Wilhelm Dalcz wrócił do oczekujących go panów i
z właściwą sobie swobodą wznowił rozmowę. Istotnie zależało mu bardzo na szybkim
sfinalizowaniu sprawy. Jemu osobiście. W razie przeciągnięcia się pertraktacyj znowu
byłby zmuszony zwrócić się do brata o dalszy wkład, a to równałoby się wyzuciu własnej
rodziny z reszty udziałów. Poza tym Karol, nie cierpiący bratanków, oczywiście natychmiast
usunąłby z fabryki Zdzisława. . . Zwłaszcza po dzisiejszej kompromitacji.
Na szczęście rzecz w zasadzie była załatwiona. Chodziło tylko o przyśpieszenie terminu
i uporządkowanie ksiąg przed przyjazdem z Belgii Krzysztofa, którego trzeba będzie
wprowadzić do Zarządu przedsiębiorstwa. Na jakie stanowisko, jakiej pozycji Karol
zażąda dla swego syna - Wilhelm Dalcz jeszcze nie wiedział. Znając zdrowy rozsądek
brata, nie przypuszczał, by ten chciał od razu powierzyć Krzysztofowi jakiekolwiek
kierownictwo. Ukończenie politechniki i dwa lata praktyki w zagranicznych fabrykach
to jeszcze za mało. W każdym razie Karol skorzysta na pewno z pomocy syna w kontrolowaniu
gospodarki Zakładów. Oczywiście Wilhelm Dalcz nic przeciw takiej kontroli nie miał.
Jeżeli zaś obawiał się czego, to jedynie ewentualnych zatargów Zdzisława i Jachimowskiego
z Krzysztofem, którego prawie nie znał, a który niewątpliwie będzie do tamtych nieżyczliwie
przez ojca uprzedzony.
Z przygodnych relacyj, jakie Wilhelm Dalcz miewał o swoim bratanku, wynikało, iż
jest to spokojny i zimny młody człowiek, no i podobno niezły fachowiec w dziedzinie
budowy maszyn. Sam nie znał go prawie wcale. Stosunki wytworzone między domami
obu braci przez histerie Józefiny sprawiły to, że poza terenem interesów wszelki
kontakt zanikł jeszcze przed przyjściem na świat Krzysztofa. Wilhelm Dalcz widział
go zaledwie kilkakrotnie i przelotnie podczas wizyt u brata, od czasu gdy ten został
sparaliżowany i unieruchomiony w domu. W pamięci stryja bratanek pozostał czarnym
smukłym chłopcem o dość wątłej budowie i bardzo dużych oczach. To wszystko.
Rozmyślania dyrektora Dalcza przerwało wejście sekretarza. - Syn pana dyrektora oczekuje
- powiedział - czy mam prosić?
? - Niech wejdzie.
. Po chwili na progu ukazał się Zdzisław. Na zniszczone ubranie nałożył czyjeś za
długie i za wąskie palto i wyglądał niemal odrażająco.
- Usiądź - krótko powiedział ojciec. . - To jest straszne! To jest bolszewizm! Ja
w tej chwili zawiadomię policję polityczną! - wybuchnął Zdzisław.
- Zamilknij - podniósł nań surowe spojrzenie ojciec - nie po to cię wezwałem, by
wysłuchiwać twoich niedorzecznych pogróżek. Proszę mi krótko i ściśle opowiedzieć,
co było przyczyną zajścia?
- A czort ich wie, , to bydło! Już doprawdy nie mam nerwów do tego chamstwa. . .
- Zdzisławie, , albo się natychmiast uspokoisz, albo wyjdziesz. - No, poszło o tego
brygadzistę Dominiaka. Wydaliłem go. Bałwan, pozwala sobie na bezczelne wyzwiska
pod moim adresem i jeszcze innych podjudza. Ile razy przechodzę przez narzędziownie,
zawsze jakieś. . .
7 - Czekaj - przerwał pan Wilhelm - a po co właściwie chodzisz do warsztatów, w jakim
celu?
- A co, może mi nie wolno po własnej fabryce chodzić? Przepraszam ojca, ale chyba
mam prawo!
- Masz obowiązek zdobyć się na tyle rozsądku, , by nie prowokować swoją osobą zatargów,
które szkodzą przedsiębiorstwu. Wiesz, że nie cieszysz się wśród robotników popularnością.
. .
- Mam w nosie całą popularność! Pluję na to bydło! Ojciec nie rozumie tego, bo nie
ma w sobie krwi wielkich panów, którzy kazali nahajami uczyć moresu czerń. Ale ja
mam w sobie i krew Korniewickich! . . .
- Głupiec - powiedział dobitnie Wilhelm Dalcz. . Zdzisław otworzył usta, lecz spojrzawszy
w oczy ojca, zamilczał. - Powinienem usunąć cię z fabryki. Spróbuję jednak zostawić
cię. Inżynier Turski zajmie twoje stanowisko, a ty obejmiesz kierownictwo magazynów.
- Żartuje ojciec? Dlatego, że temu chamstwu nie raczę się podobać, mam przejść na
niższe stanowisko?
- Jeżeli wolisz pozostać - spokojnie powiedział pan Dalcz - pozostać i dostać kulkę
w łeb. . . Chyba wiesz, jak rozprawiają się z tymi, których raz już wywieziono taczkami?
. . . Otóż powiedziałem, że spróbuję przenieść cię do magazynów. Naturalnie zależy
to od zgody delegatów. Ani myślę znosić dalszych awantur. Co zaś dotyczy kierownictwa
magazynów, jest ono i tak dla ciebie zbyt trudne. Niestety, nie umiesz nic i do żadnej
pracy się nie nadajesz. . .
- Jestem współwłaścicielem fabryki i chyba mam w niej niejakie prawa? ? - Tak ci
się wydaje? - uśmiechnął się Wilhelm Dalcz. - Otóż wiedz, że w tych dniach przyjeżdża
Krzysztof. I może się okazać, że. . . że własność twoja i Haliny, i. . . moja jest
tu zbyt mała, by miała nam dać jakiekolwiek prawa. . . Idź. Każ się odwieźć do domu
moim samochodem i odeślij wóz z powrotem. Wieczorem bądź w domu. Zakomunikuję ci
ostatecznie decyzję co do twego pozostania w fabryce.
- Czy ojciec mówił o naszej sytuacji serio? ? Wilhelm Dalcz milczał. - A to ładnie
nas ojciec wygospodarował! ! - wybuchnął Zdzisław.
. - Proszę wyjść - odpowiedział półgłosem ojciec.
. Gdy drzwi za Zdzisławem trzasnęły, podniósł ręce do skroni i trwał tak przez chwilę
w bezruchu. . . Nacisnął guzik dzwonka. Na progu ukazał się sekretarz.
- Czy są już delegaci? ? - Tak jest, , panie dyrektorze. - Niech wejdą.
. Weszli trzej robotnicy. Pan Dalcz znał ich dobrze. Już od trzech lat byli wybierani.
Mieli bowiem nie tylko wzięcie u ogółu robotników, lecz i uznanie dyrekcji za swój
takt i za umiejętność łagodzenia zatargów, których przecie nie brakło, jak w każdej
fabryce.
- Dzień dobry, , panowie - powitał ich dyrektor, , podając po kolei rękę - siadajcie,
, proszę. W milczeniu ściskali końcami palców dłoń zwierzchnika i usadowiłi się na
stojących przed biurkiem fotelach. Nie zanadto swobodnie, ale i nie na brzeżkach.
Ot, zwyczajnie. Najbliżej usiadł największy z nich, tokarz Madejczyk, sękate chłopisko
o zezowatym oku i twarzy zoranej ospą. Jako prezes delegacji on też pierwszy się
odezwał:
- Ano niby domyślamy się, , panie dyrektorze, względem czego pan nas sobie życzył.
Cóż. . . nie nasza wina.
- Wiadomo - podchwycił siedzący za nim szczupły blondynek, ślusarz z modelarni -
sami podmówili się. My o niczym nie wiedzielim.
- Zrobiliście mi wielką krzywdę - potrząsnął głową dyrektor Dalcz - nie spodziewałem
się, że zasłużyłem u robotników na takie postępowanie.
- Co też pan mówi, panie Dalcz - odezwał się trzeci delegat, giser Czepiel, wzruszając
ramionami - pana samego to nikt by palcem nie tknął.
.
8 - Ale, panie Czepiel, tknął mego syna. A przecież to było takie proste: - uznawaliście,
że
mój syn niesłusznie Dominiaka wydalił, należało do mnie przyjść i powiedzieć, zamiast
doprowadzać do takiego skandalu. Nie spodziewałem się tego, że na starość doczekam
się takich od was dowodów życzliwości.
- Panie dyrektorze, kiedy tu nie o Dominiaka chodziło - przerwał Madejczyk uspokajają-
cym tonem - Dominiaka, wiadomo, niesprawiedliwie wylał, ale w ogóle wszystkim syn
pański do żywego dojadł. Za pięć minut spóźnienia kazał po pół godziny strącać,
do Kasy Chorych zaświadczeń nie wydawał, a do człowieka to jak do psa gadał. No
i co dziwić się, że nerwy nie strzymali? . . . My sami nieraz chcielim do pana dyrektora
przyjść, ale tak jakoś na rodzonego syna, choć to po prawdzie mówiąc, a nie uchybiając,
to pan dyrektor nie bardzo tyż z niego, za przeproszeniem, zaszczytu ma. Niby z początku
to nic, ale później, jak zaczął się do każdego czepiać, jak zaczął każdego traktować,
jak zaczął wyrażać się, to ludzie znielubieli. A zwiedzieli się, że znaczy się
pański syn, za przeproszeniem, w teatrze opery odśpiewywał, co to za łabędzia był,
czy jak tam. . .
- Za łabędzia, a jakże - z przekonaniem potwierdził blondyn i wszyscy trzej zachichotali
dyskretnie.
- A niechby - ciągnął Madejczyk - choć to nie wychodzi, żeby dyrektor personalny
i takie rzeczy, ale nie lubili go, to i krzyknie ten i owy, jak pański syn przez
halę przechodzi: - Te, Łabędź idzie! A kysz, do Łazienek! Spuszczajcie łabędzia na
wodę! Kukuryku! I takie insze rzeczy. Ludzie, jak ludzie, pożartować lubieją. Żeby
mądry był, toby koło uszu puścił, a on czepiał się i jak kogo przyłapał, to już mu
zemsta pisana. Tak i z Dominiakiem było. Jakże można, chłop żonaty, troje dzieci,
a i rzemieślnik, sam pan dyrektor wie, pierwszoklaśny i za byle co za bramę. . .
Jego wina, że panu dyrektorowi personalnemu podobało się łabędzia odstawiać?
Wilhelm Dalcz zaczął mówić. Spokojnie, jasno, dobitnie. Sądził, że awantury tego
rodzaju są niedopuszczalne, że pomimo wszystko nie może dla nich znaleźć usprawiedliwienia,
że nie może ulegać takim presjom, lecz wobec tego, co zaszło, i w przekonaniu, że
się to nie powtórzy, przeniesie swego syna na stanowisko głównego magazyniera.
Delegaci spojrzeli po sobie. Blondyn wzruszył ramionami. Czepiel chrząknął, a Madejczyk
powiedział:
- Jeżeli pan dyrektor chce ryzykować. . . . - Chcę od was otrzymać gwarancję, że
porządek nie zostanie naruszony. Mój syn nie będzie teraz miał żadnej styczności
z robotnikami i sądzę, że. . . dla mnie też możecie panowie mieć niejakie względy.
Czepiel pochylił się do Madejczyka i mruknął: - Niech tam. . . . - Panie dyrektorze
- odezwał się ospowaty - z panem toby my poszli na zgodę, ale niby, jak nam przed
towarzyszami mówić? . . . Ot, powiemy tak: pan przyjmie z powrotem Dominiaka, to
i rychtyk będzie.
Jednak pan Dalcz ze względów prestiżowych nie mógł na to przystać. Po krótkich per-
traktacjach doszedł wszakże z nimi do układu: - Zdzisław ma zapewnione bezpieczeństwo,
Dominiak zaś na trzy miesiące otrzyma pracę u " Lilpopa " , a potem przyjęty zostanie
z powrotem.
Po wyjściu delegacji, zanim zjawił się wezwany telefonicznie inżynier Turski, do
gabinetu wpadł zięć dyrektora Dalcza, doktór Jachimowski, dyrektor handlowy Zakładów.
- Niech ojciec to podpisze - zaterkotał swoim trzeszczącym głosem, podsuwając różowy
blankiet asygnaty kasowej - muszę zaraz jechać do ministerstwa i wsunąć te osiem
tysięcy do łapy Puczkowskiemu. Inaczej przepadniemy przy przetargu. A to spisał się
[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Linki