[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Stanisław Grzesiuk
Boso, ale w ostrogach
1
1. I takie bywa życie
2
Ulica Tatrzańska
Ulica Tatrzańska to mała uliczka, może około dwustu metrów długa, na której w
okresie mojego dzieciństwa stało zaledwie kilka domów. Leży między ulicami Górską i
Nabielaka. W tamtych czasach nie było na niej bruku, chodników i latarni, a w domach
światła i wody. Po wodę trzeba było chodzić na inną ulicę, płacąc jeden grosz za wiadro.
Był też jeden woziwoda, który rozwoził wodę w dużej, specjalnie do tego zrobionej
beczce, krzycząc na ulicy i w podwórzach: "Woda - woda - woda!" U niego wiadro wody
kosztowało pięć groszy. Ulica otrzymała bruk i oświetlenie wcześniej, lecz w naszym
domu dopiero na wiosnę 1939 roku założono na korytarzach światło i wodę. Do tego
czasu trzeba było, jak mówiłem, wiadrem przynosić wodę i wiadrem wynosić brudną do
zlewu na podwórzu, a z podwórza dopiero rynsztokiem spływała ona do ulicznego
ścieku. Światło elektryczne w mieszkaniu miał tylko właściciel sklepu, który przeciągnął
linię bezpośrednio z ulicy, ja zaś w 1938 roku przeciągnąłem od niego linię do swego
mieszkania.
Dom był czteropiętrowy i mieszkało w nim czterdziestu pięciu lokatorów - nie licząc
sublokatorów. Mieszkania były jednoizbowe i miały wymiar cztery i pół na trzy i pół metra,
zajmowały je rodziny złożone z pięciu, siedmiu osób, a były i takie, gdzie mieszkało
jedenaście osób.
Ustęp, był nie skanalizowany, latem unosił się tam taki fetor, że można było udusić
się. Wtedy niektórzy chodzili do pobliskiego, dziko rosnącego parku albo na puste
ogrodzone place, przechodząc przez dziury w ogrodzeniu.
Zimą znów nie uprzątane nieczystości zamarzały tak wysoko, że niemożliwością
było korzystanie z tego urządzenia. Najgorzej jednak było, gdy latem, w nocy, usłyszało
się głośne wołanie: "Okna proszę zamykać, z ustępu wybierać się będzie!" Wtedy i w
mieszkaniu można było udusić się smrodem.
Życie towarzyskie koncentrowało się na ulicy. Wieczorem ludzie stali grupkami na
chodnikach, omawiając wypadki dnia i obmawiając swych bliźnich. Baby, stojąc lub
siedząc na wyniesionych z domu stołeczkach, gryzły pestki dyni. Niektórzy grali w karty
3
na małym stoliku stawianym na chodniku przed domem.
Młodzież "urzędowała" przeważnie na rogu. Po jednej stronie chłopcy, po drugiej
dziewczęta - lecz te częściej spacerowały. Dzieci - tych było pełno wszędzie: na
podwórzu, na chodnikach i na środku ulicy. Bawiły się czyniąc przy tym wielki wrzask.
Gdy byłem dzieckiem, czy już nawet dorosłym, a w domu rodzice zapytali: "Dokąd
idziesz?" - odpowiedź była zawsze jednakowa: "Na korytarz" lub: "Na ulicę". Wiadomo
było, że tam spotka się zawsze kilku kolegów, z którymi można pogadać, pohecować,
urządzić komuś kawał albo zaplanować wyskok "w miasto" - do kina czy też na zabawę.
Na ulicy też dobierano się, by za złożone pieniądze kupić wódki, którą piło się w bramie,
na ulicy lub za parkanem.
Mieszkańcy ulicy to robotnicy fabryk, budowlani i niewykwalifikowani z robót
publicznych. Tym, co mieli prace stałe, powodziło się - jak na owe warunki - dobrze.
Bezrobotni i pracownicy sezonowi cierpieli biedę.
W sobotę wieczorem na ulicy widziało się ludzi pijanych. To ci, którzy po zapłaceniu
w sklepie długu zaciągniętego na życie w ciągu tygodnia, przepijali resztę ciężko
zapracowanej tygodniówki. W sobotę wieczorem i w niedzielę w wielu mieszkaniach
słychać było pijacki śpiew na zmianę z awanturami, które przeważnie kończyły się
pobiciem kogoś. Niejeden raz ktoś został ciężko pobity, zdarzało się, że i nożem dostał i
albo wylizał się z ran, albo przenosił się do wieczności, a winny do więzienia - jeśli policja
doszła winnego. Bo "kapować nie wolno" - to główny punkt swoistego kodeksu
honorowego obowiązującego na dzielnicy. Kto tej zasady nie przestrzegał, był
niecharakterny i jako taki był bojkotowany przez otoczenie. Charakterność obowiązywała
od najmniejszych dzieci do starców, i to zarówno mężczyzn, jak i kobiety.
Nikt tu nikogo się nie bał. Silny nie bał się słabszego, a słaby nie ustąpił
silniejszemu. "Skarżyć nie wolno, odegrać się wolno" - oto druga obowiązująca zasada.
Ta zasada była przyczyną nie kończących się nieraz i trwających całe lata "wojen" i
antagonizmów między poszczególnymi ludźmi, rodzinami, grupami, ulicami i całymi
dzielnicami. Obowiązywała też zasada grzeczności na co dzień. Grzeczny ukłon
znajomym, "bardzo przepraszam", gdy trąciło się kogoś, czy chciało wyminąć, i przy
4
każdej najdrobniejszej okazji. Tam, na Tatrzańskiej, klęło się, ile wlezie, ale jeśli w
mieście użył ktoś nieprzyzwoitego słowa, natychmiast inny reagował: "No, ty! - słyszało
się. - Spokój w głowie, porządek musi być, ludzie są, nie jesteś u siebie".
Ten typ ludzi niektórzy nazywali: grandą. Lecz grandziarze to nie chuligani. Grandy
odbywały się tylko u siebie - między sobą - i musiały być do tego przyczyny. W czasie
wojny ludzie ci pokazywali okupantowi zęby i pazury, a po wojnie - ci, co przeżyli -
wszyscy są statecznymi obywatelami.
O tym, jaką kto szedł drogą, często decydował przypadek. Chowaliśmy się wszyscy
razem, w jednakowych lub zbliżonych warunkach. Na przykład czasem wystarczyło, że
ktoś został bezrobotnym i długo nie mógł znaleźć pracy. W domu bieda, ale chłopak za
złodziejstwo się nie bierze. Latem stara się dostać na publiczne roboty, zimą do śniegu.
Pewnego dnia był w grupie chłopaków, którzy coś skradli - więc i jemu dali przypadającą
na niego część. Następnym razem już sam rozejrzał się, czy czegoś się nie da ukraść. A
później już szukał okazji. Wreszcie wpadł, a po odsiedzeniu wyroku otrzymanie stałej
pracy było już niemożliwością i tylko takie życie mu zostało. Inny uczciwy człowiek w
awanturze skrzywdził przeciwnika; i znów pozostawało mu tylko życie człowieka
wyjętego spod prawa, bez możliwości otrzymania stałej pracy. Z tego też powodu
powstała zasada: "Kapować nie wolno".
Młodzieżą nikt się nie interesował. Była ona pozostawiona samej sobie. Na
Czerniakowie było wiele knajp i w każdym sklepie wódka, ale ani jednego kina, świetlicy,
biblioteki lub czytelni. Ulica Tatrzańska niczym nie różniła się od innych ulic położonych w
kwadracie między ulicami Podchorążych, Czerniakowską, Chełmską i Belwederską. W
takich warunkach mieszkałem i żyłem do 1940 roku, to jest do chwili aresztowania i
zamknięcia mnie przez Niemców w obozie koncentracyjnym.
5
[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Linki