[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  Krzysztof Boruń & Andrzej Trepka    Kosmiczni Bracia  Trylogia Kosmiczna Tom III             Do Czytelników „Magazynu Międzygwiezdnego”

W dwa tysiące pięćset czterdziestym pierwszym roku po raz pierwszy w dziejach ludzko­ści spotkali się jej wysłannicy z przedstawicielami pozaziemskiej cywilizacji istot rozu­mnych. Dramatyczne wydarzenia towarzyszące temu spotkaniu stały się źródłem wielu nieporozumień, wątpliwości i obaw. Niestety, w tak trudnym okresie jak obecny, gdy ważą się losy ludzkości, znaczenie tych wydarzeń łatwo ulega wyolbrzymieniu lub też czasem przesadnemu zbagatelizowaniu, co może pociągnąć niezmiernie tragiczne dla naszej cywilizacji następstwa.

Napływające dotąd informacje były bardzo fragmentaryczne i często komentowano je tendencyjnie. Przebieg wydarzeń podajemy tu w dwóch relacjach: naszej ekspedycji międzygwiezdnej oraz gospodarzy Układu Alfa Centauri zwanych Urpianami. Tekst tych relacji zamieszczamy bez własnych komentarzy i zmian, ściśle według taśmy radio-skryptora.

Dramatyczne przeżycia uczestników wyprawy opisuje jej kronikarka — Daisy Brown. Autorem tekstów zatytułowanych „Mówi A-Cis” jest Urpianin, który od swej spo­łeczności otrzymał zadanie nawiązania bezpośrednio kontaktu z ludźmi po ich przyby­ciu do Układu Alfa Centauri. Przekładu urpiańskiego zapisu magnetycznego na ludzki międzynarodowy język Zetha dokonał sam autor za pomocą konwernomów, starając się nadać im formę zbliżoną do relacji składanych przez ludzi. Teksty te opracowała ję­zykowo i opatrzyła przypisami D. Brown. Zwiększyło to ich czytelność, ale jednocześnie pociągnęło za sobą pewne nieuniknione zniekształcenia i uproszczenia oryginału urpiań­skiego. Urpianie operują bowiem wieloma skrótami myślowymi, a świat ich pojęć nauko­wych i technicznych jest niewspółmiernie bogatszy od naszego. Daisy Brown starała się jednak tam, gdzie tylko było możliwe, zachować oryginalny ciąg myślowy urpiań­skiego autora.

A-Cis i Daisy Brown napotkali poważne trudności przy wyrażaniu pojęć urpiańskich językiem pojęć ludzkich, nie mówiąc już o tym, że translacja treści psychicznej tych po­jęć była często niemożliwa wobec odmienności kulturowej. Trudności te starali się oni zmniejszyć w dwojaki sposób: stosując liczne przypisy oraz wprowadzając nowe okre­ślenia, tworzone z określeń o przybliżonym znaczeniu.

Oczywiście nie brak u ludzi i Urpian pojęć o znaczeniu identycznym, np. jeść, pytać, zapamiętywać, gwiazda, czas. Wiele pojęć zawiera treść zbliżoną i bez większego ry­zyka nieporozumienia można je stosować w przekładzie. Bywają jednak i pojęcia tak różne, że nawet za pomocą omówień nie udało się przetłumaczyć ich na język pojęć

ludzkich.

W takich przypadkach umówiono się pojęcia owe podawać w pisowni fonetycznej. Trzeba zaznaczyć, że „fonetyczność” ta ma niewiele wspólnego z transkrypcją językową. stosowaną w lingwistyce ziemskiej. Ludzie porozumiewają się między sobą za pośre­dnictwem mowy dźwiękowej. Urpianie mową radiową. W wyniku procesów ewolucyj­nych wykształciły się u nich narządy wysyłające i odbierające fale elekromagnetyczne. Niemniej mowę ich możemy słyszeć za pośrednictwem odbiorników fal radiowych, rejestrować i odtwarzać, po odpowiednim zwolnieniu tempa, w postaci pisków o różnej, bardzo szybko zmieniającej się wysokości tonów. Stąd pojedyncze „słowa” urpiańskie można zapisać w transkrypcji muzycznej. Gdy, na przykład Urpianin wypowiada nazwę planety zwanej przez nas Błyskająca, można, stosując pewne uproszczenia, wyodrębnić trzy dźwięki przy ustalonym umownie tempie taśmy: la-re-mi. Stąd planetę tę można by nazwać Laremi. W podobny sposób „przetłumaczone” zostało nazwisko urpiańskiego współautora wspomnień, z tym, że dla nazwisk zachowano literowe, nie sylabowe (solmizacyjne) oznaczenia ośmiu podstawowych dźwięków gamy. Trzeba zaznaczyć, iż dla przejrzystości tekstu tam, gdzie możliwe było przybliżone przetłumaczenie jakiegoś słowa, wszędzie rezygnowaliśmy z transkrypcji „fonetycznej”.

Redakcja „Magazynu Międzygwiezdnego”.

Krzysztof BoruńCzęść lImperium Mądrości

(Relacje Daisy Brown)

LEPIEJ NIECH NIE WIEDZĄ...

Jest nas sześcioro, skazanych splotem przypadków na śmierć: konstruktor Jarosław Brabec, geofizyczka Astrid Sheeldhorn, jej mąż — archeolog Szu Sun, lekarka Zoe Karlson, mój mąż — astronom Dean Roche oraz ja — Daisy Brown — łącznościowiec i kronikarka wyprawy Astrobolidu do planet Układu Alfa Centauri *. 

Brabec był współtwórcą RER — naszego nowego, eksperymentalnego statku między­gwiezdnego. To Jaro głównie przyczynił się do rozwiązania zagadki konstrukcyjnej silni­ka fotonowego, którego szczątki odnaleźliśmy w lodach planety Urpa, krążącej wokół gwiazdy Proxima Centauri. Pozwoliło to naszym technikom zbudować statek zwiadowczy osiągający prędkości relatywistyczne podczas przelotu z Układu Proximy do Układu Tolimana. Jego kosmolot — człon załogowy mogący pełnić rolę promu kosmicznego i sa­molotu — miał zapewnić nam bezpieczne lądowanie na planetach tego układu dwóch słońc. Zagłada członu napędowego RER i utrata materii odrzutowej, niezbędnej do lotów wahadłowych w Układzie Tolimana, przekreśliły te plany, stając się jednocześnie osobistą klęską Brabca. Gdyby jeszcze wiedział, co nas czeka...

Na podstawie materiałów zebranych w opustoszałych podziemiach Urpy kierownik naszej grupy Szu Stwierdził, że mieszkańcy tej planety wyemigrowali przed piętnastoma wiekami w kierunku układu dwóch słońc Tolimana. Spodziewa się, że tam, na planecie Błyskającej, spotkamy owe niezwykłe trójnogie istoty, które potrafiły zmieniać tory planet i uchronić życie Temy przed zagładą, jaką niosło przygaśnięcie Proximy. Słyszę, jak ciągle rozmawia na ten temat z Ast, jak rozważają różne warianty nawiązania bezpośredniego kontaktu międzycywilizacyjnego i wymiany wiadomości. Czyż wolno mi odebrać im wiarę, że zniszczenie silnika fotonowego tylko opóźni nieco to spotkanie?  

 

Schemat układu członów statku międzygwiezdnego RER

•              Układ Alfa Centauri — układ dwóch gwiazd zwanych Tolimanem (lub Rigil Kent), tworzących wraz z naj­bliższą Słońca gwiazdą Proxima Centauri układ potrójny. Odległe o 4,33 roku świetlnego od nas i 55 dni świetlnych od Proximy dwa słońca Tolimana — Tohman ‘A i Toliman B są gwiazdami o masie zbliżonej do masy Słońca (A — 1,1, B — 0,9). Toliman A ma żółtą barwę i jasność podobną jak Słońce, Toliman B obiega Tolimana A po wydłużonej orbicie w ciągu 80 lat, przy czym w peryastronie (punkcie orbity położonym najbliżej gwiazdy obieganej) znajdują się trzy razy bliżej niż w apoastronie (punkcie najdalszym). Z ruchów własnych Toli­mana B zdaje się wynikać, że gwiazdę tę obiega w odległości 130 min km, w ciągu 1,82 roku wielka planeta o masie ok. 30 razy większej od Jowisza. Inne planety Układu Tolimana opisywane w tej książce są fikcją literacką.

 

Ast należy do kobiet, które nie odstępują na krok swych mężów czy kochanków. To zadecydowało o jej udziale w rekonesansie. Inaczej przedstawia się sprawa najmłodszej uczestniczki ekspedycji RER — Zoe. Oczywiście w zespole naszym musiał znajdować się lekarz, a Zoe daje sobie świetnie radę z uniwersalnym medykiem pokładowym. Jednak udział jej w tak trudnej i niebezpiecznej wyprawie budził poważne wątpliwości. Zoe nie widzi. Straciła wzrok w wypadku na planecie Nokta, gdyśmy prowadzili prace w ukła­dzie planetarnym gwiazdy Proxima Centauri. Zmiany, jakie nastąpiły w ośrodkach wzrokowych jej mózgu, wymagają złożonych zabiegów regeneracyjnych, których tu, w polowych warunkach ekspedycji międzygwiezdnej, nie jesteśmy w stanie przepro­wadzić bez pomocy specjalistów ziemskich. Niestety, pomoc taka, w postaci programu dla robotów operacyjnych, może nadejść za osiem lat, a więc w czasie, gdy nasz statek macierzysty Astrobolid będzie wracał już na Ziemię.

Zoe, mimo kalectwa, nie zrezygnowała jednak z aktywnego udziału w badaniach. Dzięki uporowi i pracowitości zdobyła dużą wiedzę w takich dziedzinach, jak planetologia, medycyna i psychologia, a jej śmiałe i oryginalne pomysły przyczyniły się w niemałym stopniu do sukcesów ekspedycji. Należy ona zresztą do ludzi, którzy na skutek cierpień fizycznych i moralnych wcześniej dojrzewają i uczą się pojmować głębiej życie.  Gdy miała dziewiętnaście lat, pokochała bez wzajemności fizyka Władysława Kalinę i bardzo ciężko przeżyła klęskę swych uczuć. Przypuszczaliśmy nawet, że w ogóle od tego czasu czuje niechęć do mężczyzn. Może właśnie pragnienie odsunięcia się na pewien czas od Włada i jego narzeczonej Suzy sprawiła, że zgłosiła swój udział w wyprawie zwiadowczej? Motywowała to, co prawda, dotychczasową pracą nad nawiązaniem łączności z istotami rozumnymi zamieszkującymi Układ Alfa Centauri, ale czy był to jedyny powód?

Cóż mogę powiedzieć o sobie i mym mężu Deanie? To, że znaleźliśmy się wśród załogi RER, było przede wszystkim zasługą Deana. Zawsze i wszędzie chce być pierwszy, a dla

pogłębienia swej wiedzy gotów jest poświęcić wszystko. Tym razem zresztą i ja sama chciałam, abyśmy pierwsi spośród wszystkich uczestników ekspedycji międzygwiezdnej dotarli do planet Tolimana. Powód być może wyda się komuś dziwaczny, ale cóż — po­chodzenie nas dwojga też jest dziwaczne.

Dean i ja urodziliśmy się w Celestii, starej, sztucznej planecie, która, pchnięta przez garstkę szaleńców na międzygwiezdne bezdroża, miała szukać przyszłości na Juvencie w układzie gwiazd Tolimana. Planety tej nie widział żaden astronom celestiański. Istniała ona tylko w legendzie, w micie zawartym w świętej księdze Celestii jako raj obiecany sprawiedliwym przez Pana Kosmosu. Do tej planety tęskniły pokolenia Celestian. Le­genda o Juvencie — świecie wiecznej młodości — przewijała się przez nasze dziecięce marzenia, zostawiając w pamięci ślad na całe życie.

Któż mógł przypuszczać wówczas, że marzenia te ucieleśnią się w międzygwiezdnym statku Astrobolidzie, który zjawił się niespodziewanie na szlaku samotnej wędrówki nasze­go zamkniętego świata*.

Od tamtych czasów minęło półtora wieku. Dziewięćdziesiąt procent tego czasu wy­pełnił nam jednak sztuczny sen, zwalniający dziesięciokrotnie proces starzenia się naszych organizmów w okresie lotu Astrobolidu do Alfa Centauri, i lata młodości spędzone w Celestii wydają się nam bardzo niedawną przeszłością. Dlatego właśnie, chociaż ktoś może uznać to za naiwne, zapragnęliśmy spełnić marzenia naszych przodków — wylą­dować na Juvencie jako pierwsi z ludzi.

Stało się jednak inaczej. Nie staniemy pod niebem Juventy. Przed nami nie legendarny raj, lecz termojądrowe piekło.                       

O tym, co ma nadejść, wiemy tylko ja i Dean.

To on jako astronom dokonał pomiarów i obliczeń i odkrył straszną prawdę. Przez trzy dni nie zdradził jej przed nikim, chcąc trzymać nas jak najdłużej w nieświadomości. I miał rację. Czy komuś zda się na coś świadomość bezsilności? Czy nie lepiej łudzić się do końca?

Niełatwo jednak pod maską spokoju ukryć strach. Dean nigdy nie należał do ludzi o silnych nerwach. Brak mu opanowania i równowagi duchowej Szu, hartu Zoe czy choćby wrodzonego optymizmu Jara. Zbyt wielki był to ciężar jak na jego siły. Te trzy dni sam na sam z tajemnicą nadchodzącej śmierci doprowadziły go niemal do obłędu.

Zanim powiedział mi o swym odkryciu, czułam, że stało się coś strasznego, że nie chodzi tu o przemęczenie czy chorobę. Widziałam, jak sili się na spokój i uśmiech w czasie każdej rozmowy, ile kosztuje go każda rzeczowa odpowiedź.

Po raz pierwszy zauważyłam zmianę w wyglądzie Deana już następnego dnia po dokonanym przez niego odkryciu. Jaro mówił Szu i Ast o możliwości budowy zastę­pczego silnika po otrzymaniu instrukcji z Astrobolidu. Wyraz oczu Deana był wówczas jakiś przejmujący i niezrozumiały.

— Po co to wszystko — wymamrotał nie wiadomo do kogo i pośpiesznie wypełznął po ścianie z kabiny mieszkalnej. Podążyłam za nim pytając, co znaczą te słowa. Zmie­szał się i odrzekł, iż miał na myśli nową instrukcję dla mikrouniwera. Bardzo mnie zdziwiło to „wyjaśnienie”. Dean uczestniczył we wszystkich naradach i sam zadawał wiele pytań dotyczących naszych technicznych możliwości. Wiedział dobrze, iż eksplozja zniszczyła silnik niemal doszczętnie i że posiadane przez nas instrukcje naprawcze na nic się tu nie zdadzą. Rozproszenie materii, a więc brak tworzywa, wyklucza jakąkolwiek próbę rekonstrukcji. Pozostało tylko znaleźć nową, dostosowaną do obecnych warunków koncepcję techniczną i opracować inną, z gruntu odmienną instrukcję. Na to jednak trzeba było pracy zespołu technostatów Astrobolidu. Rozwiązywanie problemu we włas­nym zakresie za pomocą maszyn matematycznych i mikrouniwera nie tylko wymagało dłu­gich miesięcy obliczeń i prób, ale nie dawało także gwarancji powodzenia wobec bardzo ograniczonych środków technicznych.

Na powyższe argumenty nie otrzymałam jednak od Deana odpowiedzi. Później spo­strzegłam, że tylko z pozoru poświęcał pracy w obserwatorium wiele czasu. W rze­czywistości całymi godzinami tkwił nieruchomo pod pantoskopem, wpatrzony w po­marańczową tarczę Tolimana B. Nie mogłam zrozumieć, co się z nim dzieje. Dlaczego nie pomaga Brabcowi tak jak my wszyscy? Przecież nawet Zoe starała się, w granicach zakreślonych przez jej aparat dermowizyjny, brać jak najczynniejszy udział w przy­gotowaniach technicznych do przebudowy statku, która miała nastąpić z chwilą, gdy nadejdzie oczekiwana instrukcja.

Ten stan depresji pogłębiał się u Deana z godziny na godzinę. Na pytania odpowia­dał półsłówkami, zapominał o pastylkach odżywczych, a w godzinach snu słyszałam, jak, zawieszony na pasie u ściany, drapie nerwowo chropowatą powierzchnię. Gdy coraz natarczywiej domagałam się od niego wyjaśnień, zaczął mnie unikać.

Czwartej nocy po katastrofie, gdy nie zjawił się w ogóle w kabinie sypialnej, zażą­dałam od niego kategorycznie, aby powiedział mi otwarcie, co go gnębi. Nie potrze­bowałam długo nalegać. Był już w takim stanie rozstroju nerwowego, że czekał tylko na okazję, aby wyznać mi prawdę.

Początkowo nie chciałam mu wierzyć przypuszczając, że wpadł w jakieś chorobliwe maniactwo spowodowane katastrofą RER. Przedstawił mi jednak rzeczowe dowody. Sama sprawdziłam pomiary i obliczenia.

Nie mylił się: siedemnastego dnia po katastrofie nastąpi koniec naszej wyprawy. Za jedenaście dni nasz kosmolot, wraz z resztkami tego, co jeszcze przed tygodniem było fotonowym silnikiem RER, wpadnie w gorejącą otchłań atmosfery Tolimana B.

Czy boję się śmierci? Płyta ochronna oddzielająca człon napędowy od kosmolotu wyszła cało z katastrofy. W jej cieniu kryć się będziemy do ostatnich chwil życia. Gdyby zabrakło tej osłony, kabiny mieszkalne stałyby się ognistym piecem tortur. W obecnej sytuacji nie odczujemy zmiany w otoczeniu aż do wtargnięcia naszego schronienia w fotosferę gwiazdy. Przy prędkości 46000 km/s śmierć nastąpi niemal bezboleśnie i natychmiast. Gdy jednak patrzę w twarze Zoe, Ast, Jara czy Szu i słyszę, jak snują beztrosko plany na przyszłość, ogarnia mnie taka rozpacz, że poczynam tracić panowa­nie nad nerwami.

Podzielam zdanie Deana, że nie ma sensu wtajemniczać ich w to, co nas czeka za je­denaście dni. Są przekonani, że statek nasz przebiegnie obok Tolimana B w odległości co najmniej kilkunastu milionów kilometrów i że przy odpowiednim manewrowaniu kosmolotem w cieniu tarczy ochronnej nie grozi nam nawet chwilowy wzrost tempera­tury. Przyszłość w ich mniemaniu kształtuje się zupełnie bezpiecznie. Jeśli nawet nie­możliwe będzie zbudowanie nowego silnika, statek-baza Astrobolid, poruszający się tym samym szlakiem z prędkością 52 000 km/s, dogoni nas za półtora roku. Co najwyżej nastąpi nieprzewidziana zmiana w harmonogramie ekspedycji. Strefa ochronna działa. Zderzenie było przypadkiem, który po raz drugi zdarzyć się nie może. Są więc pewni, że przygoda nasza zakończy się szczęśliwie.

Czy mamy prawo pozbawić ich złudzeń? Po co? Zbadaliśmy skrupulatnie wszystkie możliwości. Gdyby istniała choć jedna szansa na miliard!

 

 

 

•              Dziejom Celestii poświęcona jest powieść K.Borunia i A.Trepki „Zagubiona przyszłość”. Przygody załogi Astrobolidu wśród planet gwiazdy Proxima Centauri są treścią powieści „Proxima”.

 

SPLOT PRZYPADKÓW

Kiedy przed siedmiu miesiącami wyruszyliśmy z układu planetarnego Proximy, wydało nam się, że żadne niebezpieczeństwa nie mogą zagrażać RER i jego załodze. Prawdo­podobieństwo awarii silnika z przyczyn wewnętrznych było tak niewielkie, że przypadek taki można było uznać z góry za wykluczony.

Wysiłki naszych konstruktorów skoncentrowały się przede wszystkim na stworzeniu skutecznej ochrony przed meteorytami. Chociaż spotkanie z większą grudką materii w przestrzeni międzygwiezdnej jest niezmiernie rzadkim zjawiskiem, ale i to niebezpie­czeństwo należało przewidzieć.

Dopóki statki kosmiczne rozwijały prędkości mniejsze od 60 000 km/s, niemal nie­zawodne zabezpieczenie przed meteorytami stanowiła strefa ochronna o zasięgu do dwustu tysięcy kilometrów, w której miotacze badonowe powodowały dezintegrację każdej grudki materii zagrażającej statkowi. Taką strefę dezintegracji, jeszcze bardzo prymitywną, miała nawet stara Celestia.

Nasz eksperymentalny statek rozwijał jednak przez 5/6 drogi prędkość większą od 60000 km/s. W tych warunkach, zanim aparatura radiolokacyjna zdążyłaby uruchomić akcelerator, wykryty przez nią meteoryt zderzyłby się z naszym statkiem. Stąd w pierw­szej połowie drogi, gdy rakieta nasza nabierała nieustannie prędkości, chroniła ją w dużym stopniu przed zderzeniem z meteorytami druga rakieta, tak zwana ochronna wyposażona we własne silniki i poruszająca się przed nami w odległości dwustu pięćdzie­sięciu tysięcy kilometrów. Ta rakieta-tarcza stwarzała przed sobą dość intensywne pole ochronne, wyrzucając nieprzerwanie szerokim snopem badon. Podział na dwie rakiety, od­dzielone odległością dwustu pięćdziesięciu tysięcy kilometrów, stanowił dodatkowe zabezpieczenie przed katastrofą.

 

Lot RER z Układu Proximy do Układu Tolimana

Przy prędkości bliskiej połowy prędkości światła jakiś większy meteoryt mógł nic ulec całkowitej dezintegracji i zderzyć się ze statkiem. W tej sytuacji zagładzie uległaby rakieta ochronna.

Z chwilą osiągnięcia połowy drogi i rozpoczęcia hamowania rakieta ochronna stawała się zbyteczna. Strumień fotonów o ogromnej energii, wyrzucany przez silnik RER w kierunku ruchu statku, był najlepszą ochroną nie tylko przed pyłami, ale nawet i większymi grudkami materii kosmicznej. Wyjątek stanowiły meteoryty przecinające drogę tuż przed statkiem, ale byt to przypadek bardzo mało prawdopodobny.

Toteż, gdy przebyliśmy szczęśliwie ponad dziewięćdziesiąt pięć procent drogi i statek znalazł się nie tylko pod ochroną strumienia fotonów, ale również akceleratorów ba­donowych, nikt z nas nie przypuszczał, że może nam zagrażać jakieś niebezpieczeństwo.

Katastrofa nastąpiła zupełnie niespodziewanie przy prędkości 46000 km/s. „Meteo­ryt” o masie trzydziestu sześciu kilogramów, pędzący wprost na nas, wyparował w stru­mieniu fotonów niemal doszczętnie. Owo „niemal” zadecydowało. Wystarczyła kilku-miligramowa grudka, aby przy zderzeniu z RER wywołać eksplozję, która rozniosła dosłownie cały silnik fotonowy.

Wszystko to nastąpiło przy czynnej strefie ochronnej. Dlaczego dezintegratory zawio­dły? Wyjaśniła to dopiero analiza zapisu dokonanego przez nasze odbiorniki tuż przed katastrofą. Strefa dezintegracji chroniła niezawodnie przed ciałami poruszającymi się bezwładnie wprost na RER. Zawiodła, nasi konstruktorzy bowiem przewidzieli ochronę tylko przed ciałami naturalnymi. Nie przewidzieli, że RER może spotkać na swej drodze’ ciało obdarzone zdolnością zmiany kierunku ruchu.

Czyżby uderzył w nas pocisk wysłany przez władców układu dwu słońc Tolimana? Nie! Była to nasza własna rakieta Robot I, która blisko cztery lata temu uległa uszko­dzeniu w czasie badań gwiazdy Proxima Centauri. Uszkodzenie polegało na tym, że zamiast hamowania robot zwiększył jeszcze bardziej prędkość, a po wyłączeniu fali pro­wadzącej skierował się ku Układowi Tolimana. Początkowo nie umieliśmy wytłumaczyć przyczyn tego zjawiska, później jednak doszliśmy do wniosku, że widocznie przyciągnęły go sygnały nadawane przez mieszkańców planet tej podwójnej gwiazdy. Aparatura samosterująca musiała ulec rozstrojeniu. Co prawda, nie bardzo zgadzały się nam obliczenia energetyczne — zmiana kierunku była zbyt szybka jak na działanie samego silnika rakiety — ale lepszego wytłumaczenia nie znaleźliśmy.

O zaginionym robocie zresztą prędko zapomnieliśmy w powodzi nowych, coraz to niezwyklejszych wydarzeń. Nikt nie spodziewał się, abyśmy mogli go jeszcze spotkać.

Przyczyny zderzenia były skomplikowane, splot przypadków niezmiernie rzadki. Przede wszystkim tor ruchu Robota I niemal dokładnie pokrywał się z prostą łącząca Proximę z Tolimanem B. Tę samą trasę przemierzał nasz statek z szybkością czte­rokrotnie większą, przy czym powinniśmy byli minąć robota w odległości około pięć­dziesięciu milionów kilometrów. W tym czasie Zoe rozpoczęła nadawanie codziennej „audycji” w kierunku Układu Tolimana (druga przypadkowa zbieżność). Widocznie sygnały nasze były dostatecznie silne, aby podziałać na rozstrojone układy samosterujące. Silnik robota zaczął, pracować i skierował go w stronę naszego statku. Rozstrojenie aparatury sprawiło jednak, że zmieniał on nieustannie kierunek i dlatego nie mógł być atakowany przez miotacze mimo stałego zbliżania się do nas. Niestety, w ostatniej chwili,

już poniżej dolnej granicy strefy ochronnej (trzeci przypadek), podążył w prostej linii ku antenie RER.

Różnica prędkości wynosiła 34 000 km/s. Również przypadek, ale tym razem szczęśliwy, sprawił, że Robot I wszedł stosunkowo daleko od statku w snop fotonów i zdążył nie­mal doszczętnie wyparować, zanim nastąpiło zderzenie. Gdyby dotarła do nas grudka materii o masie tylko grama — zagładzie uległaby również płyta ochronna, a wraz z nią i kosmolot.

Eksplozja i tak zresztą była potworna. Całkowicie zniszczony został nie tylko silnik fotonowy, ale także wszystkie zewnętrzne zbiorniki ciekłego wodoru służącego jako paliwo jądrowe RER i materia odrzutowa kosmolotu. To one właśnie uchroniły nas od śmierci, pochłaniając w ogromnym stopniu energię wybuchu. Zbiorniki te umiesz­czone były przez Brabca celowo między silnikiem a kosmolotem, by w razie jakiejś awarii i konieczności niezbyt miękkiego lądowania całego statku spełniać mogły rolę amortyzatora łagodzącego wstrząs.

Znaleźliśmy się w sytuacji tragicznej. Nawet jeśli udałoby się zrekonstruować zbiorniki, nie mamy czym ich napełnić.

Zgodnie z planem kosmolot, po odłączeniu się od fotonowego członu napędowego, miał za trzydzieści sześć dni wejść na orbitę satelitarną drugiej planety Tolimana B. Tymczasem splot przypadków sprawił, że w okolicę tej gwiazdy dotrzemy dziewiętnaście dni wcześniej. Tragicznym zbiegiem okoliczności kosmolot znajdzie się w owej chwili niemal w tym samym miejscu, co... Toliman B. Jak wynika z obliczeń, jego wpływ grawi­tacyjny wystarczy, aby skazać nas na zagładę.

Dziś rano, po raz chyba trzydziesty, Dean sprawdził swe pomiary i obliczenia. Nie ma żadnej nadziei.

W teleoknach statku czarna noc kosmiczna i gwiazdy. Proxima świeci już czterdzieści razy słabiej niż widoczny tu w jej sąsiedztwie Rigel. Za to dwa słońca Tolimana jaśnieją z każdym dniem coraz potężniejszym blaskiem.

Za pięć tygodni nasz kosmolot miał wylądować na powierzchni planety, która przykuwa wzrok od wielu miesięcy regularnymi błyskami. Czy błyski te przeznaczone są dla nas? Czy jak latarnia morska w dawnych wiekach mają wskazywać nam drogę? Nie wiemy. Jest jednak wielce prawdopodobne, że właśnie na tej błyskającej planecie, nie my już co prawda, ale inni uczestnicy wyprawy Astrobolidu spotkają się z Urpianami.

Trudno nie myśleć o śmierci, tak nieoczekiwanej, bezsensownej... Jakie siły rządzą naszymi losami, tak okrutnie naigrawające się z ludzkich dążeń i tęsknot? Wiem, że zde­rzenie z Robotem I było spowodowane splotem przypadków, a jednak nie mogę oprzeć się irracjonalnemu poczuciu krzywdy, wyrządzonej nie tylko nam sześciorgu, lecz przede wszystkim wielu pokoleniom Celestian, wierzącym, że ich potomkowie ujrzą błękitne niebo Juventy. Dlaczego dano nam szansę ziszczenia legendy, a potem brutalnie ode­brano? Czyżby była to jakaś złośliwa zemsta za to, że udało nam się pokonać jeszcze jedną barierę czasu i przestrzeni? Czyja zemsta? Czyżby jakichś demonów kosmosu, dbających o utrzymanie w nim równowagi homeostatycznej? Równowagi między zwy­cięstwami i klęskami? A może to kara wymierzona nam przez Urpian za wykradzenie im prometejskiego ognia fotonowego?

Jeszcze przed dwoma miesiącami wszystko pozwalało nam wierzyć, że wszechświat

...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Linki