[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Larry Bond
Dzień gniewu
TŁUMACZYŁ JERZY BARMAL
WYDAWNICTWO ADAMSKI I BIELIŃSKI
WARSZAWA1998
Tytuł oryginału Day Qf Wrath
Copyright © 1998 by Larry Bond and Patrick Larkin
Redaktor Andrzej Kamiński
Skład i łamanie
Wydawnictwo Adamski i Bieliński
Andrzej Pytka
For the Polish edition Copyright © 1998 by Wydawnictwo Adamski i Bieliński
Wydanie I
ISBN 83-87454-21-4
Wydawnictwo Adamski i Bieliński
Warszawa 1998
E-mail: aibpubli@pol.pl
ark. wyd. 20; ark. druk. 19,5
Drukarnia Wydawnicza im. W. L Anczyca SA
w Krakowie, ul. Wadowicka 8
zam. 727/98
Podziękowania
Pragnę podziękować Mannette Masser Larkin za ciężką pracę, umiejętności i cenne
porady, których mi udzielała podczas powstawania tej książki.
Podziękowania należą się również: Mattowi Caffreyowi, Dwinowi Craigowi,
Steve'owi Hallowi, Dave'owi Hoodowi, Donowi i Marylin Larki-nom, Colinowi
Larkinowi, Duncanowi Larkinowi, Gregowi Lyle, Heanore Neal Masser, Billowi
Paleyowi, Jeffowi Pluharowi, Jeffowi Richelsonowi i Thomasowi T. Thomasowi.
Dziękuję również Dowództwu Operacji Specjalnych za cenne uwagi odnośnie
opisanego w niniejszej powieści uzbrojenia.
* * *
Prolog
20 maja - grupa inspekcyjna BIB, baza 125. Dywizji Lotnictwa Bombowego,
Kandałaksza, północna Rosja
Dwusilnikowy turbośmigłowy antonow An-32 z rykiem oderwał się od pasa i ostro
wzbił w górę, zanim wziął skręt w prawo. Wystarczyło kilka minut, żeby należące
do Kandafakszy druty kolczaste, wieże strażnicze, zamaskowane hangary i
wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych zniknęły za ogonem.
John Avery pozwolił sobie na odrobinkę rozluźnienia dopiero wtedy, kiedy
zupełnie nie było już widać wojskowego lotniska. Ciągle ogarniał go dreszcz na
myśl o tym, co zobaczył. Spojrzał na zegarek. Trzy godziny w powietrzu. Trzy
godziny zanim będą bezpieczni. Trzy godziny zanim będzie mógł przekazać
informacje odpowiednim ludziom w ambasadzie USA w Moskwie.
Do tego czasu on i członkowie jego grupy znajdowali się w poważnym
niebezpieczeństwie.
Avery znowu wyjrzał przez okno. Lecieli nad Morzem Białym kursem południowo-
wschodnim na wysokości trzech kilometrów. Zachodzące słońce zabarwiało zimny
bezkres wód na kolor czerwono-szary.
Obrócił się w fotelu i podejrzliwie przyjrzał się reszcie pasażerów. Kabina
pasażerska transportowca An-32 nie była zatłoczona. Zajętych było ledwie
kilkanaście z trzydziestu dziewięciu miejsc, z czego osiem przez rosyjsko-
amerykańską grupę inspekcyjną. Poza tym do Moskwy na urlop lub przepustkę
leciało kilku rosyjskich oficerów.
Avery zmrużył oczy. Oficerowie przywodzili na myśl bandę maruderów, nie ogoleni,
w obszarpanych mundurach. Niektórzy wyraźnie zmagali się z kacem po całym dniu
spędzonym w kantynie przy wódce. W niczym nie przypominali tych chwackich
pilotów, których można było zobaczyć na plakatach werbunkowych.
Podobnie było ze wszystkimi innymi fragmentami dawnego imperium radzieckiego.
Podobnie jak w USA armia była redukowana, o ile jednak w Ameryce dokonywało się
to planowo i spokojnie, o tyle tutaj proces był chaotyczny i nie kontrolowany,
gdyż brakowało pieniędzy i wsparcia ze strony Moskwy. Z powodu nie spłaconych
rachunków elektrownie przestawały dostarczać energię. Dostawy żywności i sprzętu
do jednostek były nieregularne. Dziesiątki tysięcy żołnierzy, marynarzy i
lotników od miesięcy nie dostawały żołdu.
Kandałaksza nie stanowiła wyjątku.
Widziana z bliska, przywodziła na myśl wymarłe miasto. Drzewa, zmrożone
arktycznymi wichurami, waliły się na ogrodzenia z drutu, ale nikt nie naprawiał
wyrw. Tylko niektóre z wież strażniczych były obsadzone. Ze stu dwudziestu
samolotów bombowo-szturmowych Su-24 Fencer, które należały do 125. Dywizji,
mniej niż połowa pozostawała w stanie gotowości bojowej. Wiele hangarów,
warsztatów, budynków służbowych i mieszkalnych było zabitych deskami, w innych
dziury ziały w miejscu drzwi i okien. Trawa wyrastała z popękanych chodników i
betonowych pasów startowych.
Wszystko tutaj zapraszało do korupcji.
Na twarzy Averyego pojawił się grymas.
Po trzech latach, które spędził w Rosji jako przewodniczący grupy nadzorującej z
ramienia Biura Inspekcji Bezpośredniej, BIB, wykonanie postanowień traktatowych,
myślał, że poznał już wszystkie formy nadużyć i przestępstw. Zetknął się z
oficerami, którzy kradli żołdy swoich podwładnych, którzy handlowali uzbrojeniem
i sprzętem podległych im jednostek. Widział koszary, składy broni i budynki
sztabowe zamienione na burdele, kluby hazardowe i speluny.
A przecież nic z tego nie wydawało się tak niebezpieczne jak to, co działo się
najprawdopodobniej w Kandałakszy. A widział już w życiu niejedno.
Zanim wstąpił przed czterema laty do BIB, służył w Siłach Specjalnych Armii,
najpierw jako dowódca grupy szturmowej, potem jako ekspert od broni
niekonwencjonalnych. Niewiele osób spośród tych, którzy widzieli go po raz
pierwszy, dałoby temu wiarę.
Avery wiedział, że jego okrągła, otwarta twarz, rzedniejące blond włosy i grube
okulary kazały w nim zgadywać raczej szarmanckiego profesora niż dawnego członka
elitarnej jednostki Zielonych Beretów. Ludzie nierzadko byli zdumieni tym, jak
stanowczy potrafi się stawać głos, zazwyczaj pełen miękkości i rozwlekłości
właściwej rodzinnej Alabamie.
Rozluźnił pas i rozparł się w fotelu, myśląc nad następnym ruchem. Czy powinien
powiadomić teraz resztę grupy? Natychmiast odrzucił tę myśl. Nie było sposobu na
to, aby powiadomić Amerykanów, nie przekazując wiadomości rosyjskim członkom
komisji, a przecież ciągle
10
JM.
Dzień gniewu
znajdowali się w rosyjskim samolocie nad rosyjską ziemią. Zbyt wiele było
niewiadomych, aby podejmować takie ryzyko.
Zerknął na drugą stronę kabiny pasażerskiej, gdzie siedział jego rosyjski
odpowiednik, pułkownik Anatolij Gasparow. Barczysty, jowialny Rosjanin odchylił
głowę na oparcie i zamknął oczy.
Każdy z amerykańskich inspektorów miał przydzielonego rosyjskiego oficera, który
towarzyszył mu od Moskwy. Gasparow najprawdopodobniej sam wystarał się o tę
funkcję, gdyż dzięki temu mógł swobodnie poruszać się po kraju. Plotka głosiła,
że pułkownik ma różne podejrzane kontakty we wszystkich bazach na terenie
dawnego ZSRR. Opowiadano, że zbija krocie na czarnorynkowym handlu, obracając
wszystkim: od zachodnich papierosów po rosyjskie pistolety i rakiety powie-trze-
powietrze. Miał też ponoć związki z mafią.
Avery już przedtem wierzył w te pogłoski, teraz stawały się one niemal pewne.
Zauważył, jaka zażyłość panowała między Gasparowem a dowódcą 125. Dywizji,
generałem Fiodorem Sierowem. Owszem, Rosjanie bardzo często zachowywali się
jowialnie, tutaj jednak było jeszcze coś, co kazało podejrzewać wspólne
konszachty.
Tak czy owak, to z pewnością nie z Gasparowem mógł porozmawiać o swoim odkryciu.
Wzrok znowu pobiegł w kierunku przesuwającego się w dole morza. Każdy przebyty
kilometr oddalał ich od śmiertelnego zagrożenia.
Nagle spłynęło na niego zmęczenie: dawały o obie znać fizyczne i psychiczne
trudy długiego dnia. Ukołysany przez równomierne buczenie silników, zaczął
zapadać w drzemkę. Powieki opadły, uniosły się na chwilę, a potem znowu
zamknęły...
Gwałtownie się wyprostował. Coś było nie w porządku. Przetarł oczy i spojrzał na
zegarek. Nie spał nawet pół godziny, ale co go tak nagle obudziło?
Dźwięk się powtórzył. Prawy silnik Antonowa zakaszlał, na ułamek sekundy
zaryczał pełnym ciągiem, a potem umilkł. Samolot przychylił się na prawo i
zaczął opadać.
- Cholera!
Avery zacisnął pas. Chwilę później głośniej zahuczał drugi silnik, maszyna
wyrównała, ale potem położyła się na lewe skrzydło. Z głośników rozległ się
spokojny głos.
- Mówi dowódca, major Kiriczenko. Z przykrością muszę poinfor
mować, że mamy niewielki problem. Wysiadł prawy silnik. Nie ma
jednak niebezpieczeństwa, powtarzam: żadnego niebezpieczeństwa.
Wystarczy nam mocy lewego silnika, żeby dolecieć na miejsce. -
Kiriczenko powiedział coś niezrozumiale do drugiego pilota, a potem
ciągnął: - W powstałej sytuacji zdecydowaliśmy jednak lądować
w Miedzigorsku, co powinno nastąpić za piętnaście, dwadzieścia minut.
Avery znowu poczuł dreszcz. Lecieli teraz nad lądem; z map, które przestudiował,
pamiętał, że znajdowali się nad bezkresnymi lasami sosnowymi i trzęsawiskami,
które ciągnęły się przez setki kilometrów. W dole niczego jednak nie mógł
rozpoznać: noc ciemna jak smoła, żadnego światełka, żadnego śladu cywilizacji.
Odwrócił się od okna i napotkał wzrok Anatolija Gasparowa. Pułkownik patrzył na
niego wielkimi oczyma, z twarzą pobladłą i wargami mruczącymi niewyraźnie: - O
Boże... o Boże...
Równy rytm lewego silnika nagle się zmienił... jedna przerwa, druga...
kaszlnięcie... I cisza.
Nos An-32 gwałtownie opadł i maszyna zaczęła się obniżać.
Avery poczuł, jak serce zamiera mu w piersiach, odwrócił głowę słysząc szum pomp;
za lewym skrzydłem zobaczył ciemną chmurę: piloci rozpaczliwie pozbywali się
paliwa, aby ulżyć maszynie i ślizgowym lotem dotrzeć tak daleko, jak to tylko
będzie możliwe.
Tor lotu transportowca robił się coraz bardziej stromy, wystraszony sierżant
przebiegł przez kabinę, sprawdzając pasy i umocowanie sprzętów. Pozbawiona
napędu maszyna rozpaczliwie podrygiwała, szarpana przez powietrzne dziury.
Notatnik Averyego zsunął się z sąsiedniego fotela i pojechał po podłodze, która
nachylała się coraz bardziej.
W głośnikach ponownie rozległ się głos pilota, tym razem pełen napięcia.
- Spadamy! Spadamy! Szukamy jakiejś polany albo rzeki. Przygotować się do
zderzenia! Przygotować się do zderzenia!
Avery nie mógł oderwać oczu od okna, rozpaczliwie usiłując odgadnąć, jak są
wysoko. Teraz widział już drzewa, które wydawały się lasem pik wysuwających ku
nim ostrza. Poczuł mróz na plecach.
Z prędkością dwustu kilometrów na godzinę An-32 zderzył się z lasem. Potworna
siła wcisnęła Averyego w fotel z przodu. Zobaczył, jak kadłub rozłamuje się tuż
przed nim Otworzył usta, ale nie zdążył już krzyknąć, rozerwany na strzępy w
ognistym wybuchu.
1
Leśna głusza
? 24 maja - amerykańska komisja dochodzeniowa, północna Rosja
Cień rzucany przez ogromny helikopter Mi-26 przesuwał się kilometr za kilometrem
po niezliczonych hektarach sosen, jodeł i świerków. Wiele z tych drzew było
uschniętych lub usychało z powodu kwaśnych deszczów i zanieczyszczeń niesionych
tu przez wiatry z kopalń, hut i fabryk. Tam, gdzie las rzedniał, natychmiast
pojawiały się bajora, połyskujące teraz w bladych promieniach słonecznych.
Większą część północnej Rosji stanowiły lasy przeplatane bagniskami.
Wysoki mężczyzna o surowej twarzy siedział przy oknie i spoglądał w dół. Z
daleka jego gładka, ogorzała twarz mogła się wydać młodzieńcza, z bliska
złudzenie się rozwiewało. Lata spędzone na dowodzeniu w polu otoczyły zielone
oczy siecią zmarszczek i przyprószyły włosy siwizną.
Pułkownik Peter Thorn zmarszczył brwi.
Ulecieli już prawie dwieście kilometrów od lotniska w Archangielsku, a widok nie
zmienił się ani trochę. Jeśli nie liczyć miejscowości, które przycupnęły na
brzegu Morza Białego, tereny te, leżące o tysiąc kilometrów na północ od Moskwy,
były pustkowiem Żadnych dróg, żadnych budynków, ani śladu człowieka. Przez
stulecia to tu to tam pojawiały się małe osady i znikały. Los taki spotkał nawet
stalinowskie gułagi, które porzucone, powoli gniły i zapadały się w
trzęsawiskach.
Thorn odwrócił się i obrzucił spojrzeniem wnętrze śmigłowca.
- Ale dzicz, prawda? - Wysoki, szczupły mężczyzna nachylał się do
ucha Thorna, aby przekrzyczeć warkot silnika. - Niewiele tu się chyba
zmieniło od ostatniej epoki lodowcowej.
Thorn pokiwał głową. Jego sąsiad, Robert Nielsen, pilot i inżynier lotniczy,
miał rację. Myśliwi z epoki kamiennej, którzy posuwali się śladem ustępujących
lodowców, musieli przedzierać się przez takie same lasy, ciemne i podmokłe.
- Fatalne miejsce na katastrofę - powiedział Thorn.
- Nie ma dobrych - sucho zauważył Nielsen. Kierownik grupy ekspertów przy NTSB,
Krajowej Radzie Bezpieczeństwa Komunikacyjnego USA, postukał w mapę rozłożoną na
kolanach. - Fakt pozostaje faktem, że mamy wielki kłopot z dotarciem na miejsce
wypadku. Osiemdziesiąt
13
Larry Bond
kilometrów do najbliższej drogi czy trasy kolejowej. Rosjanie wszystko musieli
przewozić helikopterami: namioty, żywność, wodę, reflektory, generatory.
Wszystko.
Thorn przypomniał sobie stosy palet piętrzące się w przedziale transportowym
Oprócz ośmiu Amerykanów i przydzielonego im tłumacza, ciężki śmigłowiec zabrał
też na pokład dwadzieścia ton sprzętu i zaopatrzenia. W zachowaniu towarzysza
Thorn wyczuwał irytację i znał jej powód. Kiedy do wypadku dochodziło w Stanach,
Nielsen i podlegająca mu sześcioosobowa grupa obejmowali komendę nad wszystkim
od chwili, kiedy znaleźli się na miejscu katastrofy. Teraz byli jedynie
konsultantami i to na dodatek niezbyt mile widzianymi.
Rosyjskie władze zarządzające ruchem lotniczym były bardzo drażliwe na punkcie
swych kompetencji. Zgodziły się na udział grupy obserwatorów z ramienia NTSB
tylko dlatego, że w katastrofie An-32 zginęli także amerykańscy eksperci atomowi.
Obserwatorzy mogli zadawać pytania, służyć pomocą techniczną, zgłaszać sugestie,
decyzje należały jednak wyłącznie do Rosjan, dla których sprawa była prosta:
chodziło o ich samolot, który poruszał się w rosyjskiej przestrzeni powietrznej
i rozbił się na rosyjskiej ziemi.
Na Nielsena działało to jak płachta na byka. Thorn znał takie typy: jak każdy
godny swego miana szperacz, Nielsen chciał wszędzie zajrzeć i zobaczyć wszystko.
Ponieważ o przyczynie wypadku mógł świadczyć skręcony kawałek metalu nie większy
od główki pinezki, więc ktoś musiał nad wszystkim sprawować kontrolę i to była
rola, do której Nielsen przywykł.
Tyle że Thorn znalazł się w jeszcze gorszej sytuacji i miał ręce jeszcze
bardziej skrępowane niż inspektor NTSB.
Jeśli katastrofę An-32 spowodowała usterka techniczna bądź błąd pilota, sprawa
znajdzie się w wyłącznej gestii rosyjskich specjalistów i grupy Nielsena. Jeśli
chodziło o akt sabotażu, dochodzenie przejmą MWD - rosyjskie Ministerstwo Spraw
Wewnętrznych i FBI. Jako przedstawiciel BIB, Thorn nie miał praktycznie nic do
powiedzenia; był obserwatorem, konsultantem konsultantów.
Jeśli policzyć także czas spędzony w West Point, Thorn związany był z Armią USA
od dwudziestu dwóch lat. Głównie dowodził, najpierw plutonem piechoty w dywizji
powietrznodesantowej, potem komandosami Delty, na koniec całym dywizjonem tej
elitarnej formacji. Wszystkie funkcje sztabowe traktował jako zło konieczne:
swego rodzaju płotki, przez które dowództwo kazało skakać, zanim pozwoliło na
prawdziwą żołnierkę.
Teraz jednak ugrzązł za biurkiem w kwaterze BIB na lotnisku Dulle-sa. I to
ugrzązł tak solidnie, że nie było widać najmniejszej szansy na objęcie dowództwa
jednostki liniowej. Oficjalnie był doradcą od spraw terroryzmu przy BIB. Jedną z
największych zmór Waszyngtonu stano-
14
Dzień gniewu
wili terroryści dysponujący bronią atomową, chemiczną lub biologiczną.
Nieoficjalnie wiedział, że ludzie, w których rękach spoczywały decyzje,
odkomenderowanie do Biura Inspekcji traktowali jako krok wstępny do pozbycia się
go z Armii.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Linki