[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Aby rozpocząć lekturę,
kliknij na taki przycisk ,
który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.
Jeśli chcesz połączyć się z Portem Wydawniczym
LITERATURA.NET.PL
kliknij na logo poniżej.
Giovanni BOCCACCIO
Dekameron
Dzień pierwszy, drugi, trzeci, czwarty i piąty
Przełożył z włoskiego
EDWARD BOYE
2
Tower Press 2000
Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000
3
O PRZEKŁADZIE
W uwagach, poprzedzających pierwsze wydanie jego przekładu, pisał Edward Boye:
„Tłumacz musiał się borykać z okresami cycerońskimi, zajmującymi połowę albo i więcej
strony. Nieraz, gdy się zdawało, że się już szczęśliwie do kropki dociąga, nagle gdzieś z boku
wyłaziło jeszcze jedno przeklęte zdanie podrzędne, niszcząc za jednym zamachem całą ko-
ronkową robotę. Gdyby dać wierną kopię tych dłużyzn, polski przekład Dekameronu mógłby
stanowić lekturę interesującą tylko dla filologów. Dlatego też zrezygnowałem od razu z nie-
wolnictwa składniowego, rozczłonkowując niemiłosiernie każdy z tych zawiłych i ciągnących
się w nieskończoność okresów: jednakże skrótów nie przeprowadzałem żadnych, nawet tam,
gdzie Boccaccio wpada w sztuczną retorykę i po moralizatorsku ględzi. Dekameron tyle razy
już «przyprawiano», «skracano» i «oczyszczano», że nareszcie należy mu się raz przekład
pełny. Język przekładu jest z lekka archaizowany, oczywiście odpowiednik trzeba było wy-
brać późniejszy, nastawiony raczej na wiek XVI – XVII...”
Stwierdzenia te nie pozbawione są przesady (zwłaszcza gdy idzie o charakterystykę stylu
Boccaccia), a zapewnienie tłumacza, że skrótów nie przeprowadzał żadnych, zawiera prawdę
tylko częściową. Nie pominął on istotnie żadnej z części składowych Bokacjuszowego dzieła,
nie zlekceważył przedmowy, prologu, wstępów i zakończeń poszczególnych „dni”. Nie unik-
nął jednak opuszczenia tu i tam całych ustępów, prawdopodobnie przez niedopatrzenie. W
tekście przekładu nie brakło też innych, wcale licznych usterek. Znacznym tedy nakładem
pracy w pierwszym wydaniu powojennym (1948) usunąć przyszło różnorodne nieporozumie-
nia, zawinione zapewne głównie przez pośpiech w pracy, dowolności nie uzasadnione, dość
częste gubienie cząstek zdania lub określeń nieobojętnych dla sensu czy też kolorytu danego
ustępu, niekonsekwencje w brzmieniu i pisowni imion własnych.
Dość powiedzieć, że w dawnej redakcji przekładu zamiast „przebywającego w Granadzie”
zjawiał się ktoś „imieniem Granata”, a Karol I zamiast do Apulii wędrował do Anglii. Za-
miast po cichu (pianamente) otwierać drzwi, otwierano je „na ścieżaj” (pienamente). Saracen-
ka, „która mi już nieraz znaczne oddawała usługi”, stawała się tą, „której często posługuję”,
ktoś, wchodząc do komnaty, „ocknął się w objęciach swojej damy” zamiast rzucać się w te
objęcia, ktoś inny, zręczny akrobata, siadał „na powale”. Raz po raz zjawiał się zwrot „przed
dawnymi czasy”, będący dziwacznym zlepkiem „przed laty” i „dawnymi czasy”, nie brakło
kakofonii w rodzaju: „żoną swoją ją by uczynił” lub „chluby by wam nie przyniosła”. Zby-
teczna mnożyć przykłady. Ta garść dorywczo zebranych wystarczy, by uniknąć zarzutu goło-
słowności.
Wprowadzając z konieczności wiele poprawek, by dochować wierności słowu i intencjom
oryginału, równocześnie jednak nie chciano zatrzeć indywidualnych rysów przekładu. Tłu-
macz stale unowocześnia rytm Bokacjuszowej prozy, kładzie tamy rozlewnej wielomówności,
stroni od pleonazmów, trzebi skupione obok siebie przymiotniki, znaczeniem pokrewne, któ-
rymi nowelista trecenta zwykł hojnie szafować, zrywa szeroko rozpiętą i przemyślnie splątaną
sieć włoskich okresów. Przykraca powłóczyste szaty, drapowane na klasyczną togę, wygładza
zbyt obfite kształty, zwłaszcza we wstępach, opisach i w momentach patetycznych.
4
Chociaż tu i ówdzie zatrzeć się przy tym mogły pewne odcienie, mniej lub bardziej zna-
mienne dla autora i jego epoki, nie wydawało się rzeczą właściwą nawracać wszędzie do ory-
ginału, by uczynić zadość wierności filologicznej. Definitywne ustalenie włoskiego tekstu
Dekameronu jest jeszcze sprawą przyszłości, jakkolwiek w latach ostatnich zbliżyliśmy się do
tego celu bardzo znacznie. Już wydanie, jakie dla zbioru Scrittori d’ Italia opracował A. F.
Massera (Bari 1927), było wyrazem wielkiej troski o poprawność. Zasadnicze problemy kry-
tyki Bokacjuszowego tekstu wysunął następnie z wielką przenikliwością Michał Barbi (Sul
testo del Decameron, 1927 – obecnie w tomie La nuova filologia e l’edizione dei nostri scrit-
tori, 1938), aż wreszcie nowe wydanie Wiktora Branca (Florencja 1951–2) oprzeć się już mo-
gło na 82 zbadanych rękopisach i chociaż nie rości sobie prawa do nazwy krytycznego, we
właściwym, pełnym tego słowa znaczeniu, nie ulega wątpliwości, że przyszły tekst krytyczny
niewiele od niego odbiegnie. Na tej podstawie można by podjąć dodatkową rewizję przekła-
du, w którym niejedno budzi zastrzeżenia: naloty problematycznej archaizacji, maniera styli-
styczna tłumacza, niwelująca niekiedy pewne cechy oryginału, niedocenianie Boccaccia jako
artysty słowa. Ale obawiać się należy, że rezultat takiej nowej rewizji byłby zawsze poło-
wiczny. Poprzestano więc na nielicznych poprawkach, uzgadniając z nowym tekstem brzmie-
nie imion własnych itp. Tłumaczenie Boyego – odbiegające niekiedy tonacją od źródła – jest i
pozostać musi własną jego próbą spolszczenia w całości, a zarazem odmłodzenia setki opo-
wieści, której sześćsetlecie minęło w naszych oczach.
M. B.
5
[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Linki